Image Hosted by ImageShack.us

"celowość"

Tą stronę...
każde moje słowo o zdarzeniach...
...I każde zdarzenie w słowach...
wszystko co dla duszy...
...I co dla ciała...
Każdą sekundę mojego życia...


This page...
every word about happening…
…And every happening in words
Everything what’s for mind…
…And for body
Each second of my life…

KONCENTRAT – wiele dodać, nic ująć…

Są różne teorie na temat kształtowania się osobowości. Jedni mówią, że charakter dostajemy w genach, drudzy że dziecko to niezapisana kartka papieru na której wdrukowywuje się całe otoczenie nowego obywatela Ziemi. Dla kontrastu kolejna grupa ludzi uzna wszystko co napisałam za brednie…
Ja jednak uważam że moja osobowość jest zbudowana na wszystkich moich wartościach, doświadczeniach i pomysłach. Jestem odbiciem swojego własnego wyobrażenia, mimo że wiem że moją postać wykreował Bóg, który jest Reżyserem Mojego Życia…

sobota, 7 marca 2009

"Kopę lat

I wreszcie znalazłam czas by się tutaj znów pojawić...

Czy wiele się zmieniło od ostatniego postu? Nie... W dodatku ostatnio jakoś nie mam weny do pisania czegokolwiek...chyba konieczna jest wizyta w Krakowie, na zamku...

Studia? Ano...bujam się...znów nic nie robię...tyle że teraz to niekoniecznie z mojej woli...Szarpie mną, szarpię ja siebie. Na szczęście tylko mną się nie szarpie. Bo wtedy to już byłoby za wiele...

Moje ego jest napięte jak struna "c" w nowo nastrojonym instrumencie...Codziennie los odgrywa jakiś kawałek tej melodii mojego życia...czasem jest tak że wychodzi z tego coś fajnego, czasem tak sobie, a jeszcze innym razem to wolałabym to wyciąć...

Jutro kończę 21 lat...I niech to będzie mój nowy start...Żeby zacząć coś realizować, pchać do przodu...

sobota, 1 listopada 2008

Save permanently, Amen

Za cel stawiam życie pełną piersią tak żeby został po mnie dobry ślad...
Sensem mojego życia jest On...
Cząstką naszą nieśmiertelną są Nasze Dzieci które kiedyś pojawią się na Świecie...
Bogu dziękuję za to że żyję tu i teraz....
Będzie się liczyło to kim jestem, a nie to co mam...
Między dniem i nocą brzmieć będą klawisze czarne i białe...
Celebrować będziemy każdy moment
Kocham Cię Słoneczko moje :*

środa, 22 października 2008

"z pamiętnika (przyszłego)ratownika"


Chyba się zaniedbałam w pisaniu...ostatni post z końca Lipca...no ładnie...

Chociaż z drugiej strony...zdarzyło się wiele rzeczy o których nie chcę pisać publiczne...Warto mieć swój słodki sekret lub dwa...

Studia mi się zaczęły...należę do świeżego sortu przyszłej obsady wszelkich SOR'ów i ambulansów...Pogodziłam się ostatecznie z faktem że nie jestem i NIE BĘDĘ na lekarskim i koniec...Teraz trzeba się przykładnie uczyć żeby w końcu zostać "kimś"...

Tak sobie myślę czy zawód ratownika to jest dobry pomysł dla mnie...bo może jestem zbyt mało bystra, zbyt flegmatyczna...może zbyt szybko panikuję...?

Ale dam sobie szansę, bo coraz bardziej mi zależy żeby nad sobą panować...wiecej niż kiedykolwiek...

Jak dotąd minęły trzy tygodnie "nauki"... mamy wiele godzin dziennie ale mało nauki...przynajmniej ja to tak odbieram...

Ludzie fajni, ale ja jak zwykle nie dołączę do żadnej paczki...Bo mam obciach w pełnym zakresie...

Co się dokładnie we mnie kłębi napiszę później...Teraz mamy Środowe popołudnie, za dwa dni koło z anatomii i biologii...wolę powtórzyć, nawet jeśli to już umiem, bo jak coś się wydaje łatwe, to często jest tak że w konfrontacji okazuje się że nie i wtedy jest wstyd...

w ogóle jestem labilna jak liść targany przez wiatr...nic nie wiem, nie wiem czego chcę, nie wiem do czego się nadaję, i "co ja tu w ogóle robię"...Jest tylko jeden powód dla którego w ogóle nadal płonie ta nadzwyczajna iskra...

Ale jakoś sobie radze, bo wokół siebie słyszę trzepot małych białych skrzydełek...

czwartek, 31 lipca 2008

Is it?

----------------Girls--------------
-----------are like apples------
-------on trees. The best ones-----
-----are at the top of the tree.-----
---The boys dont want to reach---
--for the good ones because they--
-r afraid of falling and getting hurt.-
-Instead, they get the rotten apples-
from the ground that arent as good,
but easy. So the apples up top think
something wrong w/ them when in
-reality they're amazing. They just--
---have to wait for the right boy to
---- come along, the one who's-
----------- brave enough to-----
---------------climb all---------
---------------the way--------
--------------to the top--------

czwartek, 24 lipca 2008

"iskra pasji padła dawno temu..."

Ha. Patrzcie co mam. Moje dwie pierwsze książki od "anatomii" :P Ta po prawej jest starsza :D Obie pochłonęły mnie bez reszty kiedy je dostałam (miałam może ze 4 lata ;]). Teraz zresztą, kiedy je gdzieś znalazłam, też miło było je przejrzeć :) Fantastyczne, prawda?

środa, 16 lipca 2008

wyczytałam to na forum PAM'u...można się pośmiać...


## Dla osób którzy po raz pierwszy stykają się ze studiowaniem poniższa hierarchia. Jeśli chcemy coś załatwić – warto wiedzieć, co kto może.


REKTOR
Przeskakuje najwyższe budynki za jednym zamachem. Jest silniejszy od lokomotywy i szybszy od pocisku. Chodzi po wodzie. Rozmawia z Bogiem.

PROREKTOR
Przeskakuje niskie budynki za jednym zamachem. Jest silniejszy od lokomotywy parowej. Czasami dogania pocisk. Chodzi po wodzie, gdy morze jest spokojne. Rozmawia z Bogiem, jeżeli otrzyma specjalne pozwolenie.

DZIEKAN

Przeskakuje niskie budynki z rozbiegu i o tyczce. Jest prawie tak silny jak lokomotywa parowa. Potrafi strzelać z pistoletu. Chodzi po wodzie na krytym basenie. Czasami Bóg zwraca się do niego.

PRODZIEKAN

Ledwo przeskakuje budkę portiera. Przegrywa z lokomotywą. Czasami może trzymać broń bez obawy o samookaleczenie. Bardzo dobrze pływa. Rozmawia ze zwierzętami.

PROFESOR

Obija się o ściany próbując przeskoczyć jakikolwiek budynek. Może zostać przejechany przez lokomotywę. Nie dostaje amunicji. Pływa pieskiem. Mówi do ścian.

DOKTOR

Wbiega do budynków. Nie wytrzymuje konfrontacji z ręczną drezyną. Moczy się pistoletem na wodę. Utrzymuje się na wodzie tylko dzięki kamizelce ratunkowej. Bełkocze do siebie.

PANI Z DZIEKANATU

Podnosi budynki i przechodzi pod nimi. Zwala lokomotywę z torów. Łapie pocisk zębami i go rozgryza. Zamraża wodę jednym spojrzeniem. Jest Bogiem. ##

"osiołkowi w żłoby dano... (...)"

Czegoś takiego nie spodziewałam się jeszcze...Mimo że dostałam sie na UJ, i tak pójde na PAM...Bo Kraków to daleko, a jeszcze że nie zadbam o siebie, a akademik to nieodpowiednie miejsce do mieszkania i tym podobne argumenty...Słowem: rodzice boją się wypuścić mnie z gniazda...
I co ja mam o tym wszystkim myśleć?!

poniedziałek, 14 lipca 2008

(równo)waga


Dziś stoczę pierwszą bitwę w wojnie o Uniwersytet Jagielloński...Ciężko będzie przekonać mamę że nadszedł już czas kiedy powinnam poważnie wziąć życie w swoje ręce. Nie mogę dopuścić żeby z tego powodu, że mama chce czuć się komfortowo mając mnie wciąż "na oku", zrezygnowała z UJ...to takie absurdalne...człowiek dostaje się na najlepszą uczelnię w Polsce a tu takie płotki stawiają do przeskoczenia...A i owszem, pewnie że akademik to nie jest najlepsze miejsce do mieszkania, ale w mojej sytuacji mieszkanie ciągle u mamy też nie jest dobrym rozwiązaniem...

Zaraz zadzwonię do R. .Tęsknię... :( Szczerze mówiąc bardzo się boję o to co z nami będzie. Nie chcę go stracić, tak jak A. Chciałabym żeby on po swoim stażu przyjechał do mnie i pomieszkał w Polsce dopóki nie skończę studiów...Muszę z nim o tym jakoś porozmawiać...

Teraz do moich najważniejszych zadań należą takie rzeczy jak "zdobywanie na wpół zdobytego Krakowa", panowanie nad własnymi, naprawde rozbisurmanionymi emocjami i uporządkowanie swojego życia...po prostu większy krok w przód i żeby tylko jeszcze troszkę bardziej się postarać i zwiększyć swoją...skuteczność?

niedziela, 13 lipca 2008

Mówi samo za siebie ^^

Pozytywnie nastawiona wracam na swój tor... :)

Wreszcie nadarzyła się okazja żeby nadrobić zaległości w pisaniu. Może nie najistotniejszą jest rzeczą samo pisanie, bo jako sama czynność jest ono dość mało sensowne... Ale pisanie które pozwala wyrazić swoje emocje, które tworzy kolejny wątek własnej opowieści - to czynność która wprawia mnie w znakomity nastrój, poprawia humor, daje poczucie swoistego rodzaju spełnienia. I do tego takie wrażenie poukładania i zrozumienia swoich zachowań, zauważenie konsekwencji swoich działań, czerpanie doświadczenia z minionych dni...

Minęło tak naprawdę aż dziewięć miesięcy odkąd ogarnęło mnie lenistwo i przestałam przelewać swoje myśli i wrażenia na papier. Kilka razy udało mi się troszkę pofilozofować, pomyśleć a potem te ważniejsze wytwory mojej wyobraźni przekształcić w litery i słowa...

Postaram się jak najlepiej opowiedzieć to co wydarzyło się przez ten czas...Ale krótko i konkretnie...Chcę zapamiętać tylko to, co najważniejsze, to, co wpłynęło na mój obecny sposób postrzegania wielu starych i nowych spraw...Chcę też sama sobie pokazać i udowodnić jak z perspektywy czasu różne problemy i troski nabierają całkowicie innych kształtów...

Bo ostatni raz kiedy miałam swój specyficzny nastrój i skrzętnie odnotowywałam swoje aktualne humory, to było wtedy gdy już na swój sposób pogodziłam się z końcem swojego związku z A.Kiedy to ni stąd ni zowąd wstąpiły we mnie nowe siły. Siły które zachęcały mnie żeby jeszcze raz spróbować dostać się na medycyne...

Nie mogę powiedzieć, że jestem zadowolona ze swojej "wielkiej nauki". Mogłam uczyć się więcej. Ale zrozumiałam coś bardzo ważnego, coś co objawiło mi się między chemią, fizyką i...sensem życia...

Doszłam do wniosku że, owszem, medycyna bardzo mnie fascynuje, pociąga i z całą pewnością bycie lekarzem byłoby odpowiednim zajęciem. Ale musiałam sobie zadać ważne pytanie - czy ja, z tymi wszystkimi swoimi przekonaniami na temat uczenia się, z moim poziomem pilności i naukowym zaparciem - czy ja będę w ogóle w stanie zdecydowanie trzymać na wodzy swoje studiowanie medycyny? Czy ja mam tyle "tupetu" żeby się na tym kierunku utrzymać? I czy jestem na tyle "wszechstronna" że nie będę musiała zrezygnować z innych praw młodości? Otóż to. Niestety, chyba mam zbyt słaby charakter. Tam są potrzebne silne i uparte osoby. Odporne na stres...Mnie raczej nie dotyczy żadna z tych cech...

Oprócz tego, spoglądając dalej w przyszłość, poczułam że mi po prostu jest szkoda poświęcić najbliższe i zarazem najlepsze dziesięć lat swojego życia na studia, praktyki, pracę...Chyba odezwał się we mnie jakiś głos natury, jakieś prawo które domaga się czegoś więcej niż studiowania medycyny w trzeciej drugiej dekadzie życia...

Maj nadszedł szybciej niż się tego spodziewałam. Poprawka matur, lekki stres...I oczekiwanie na wyniki...Ogólnie rzecz biorąc jestem mile zaskoczona, bo maturę poprawiłam i to całkiem porządnie :) A więc jak by nie patrzeć, warto było :)

Nachodzi pytanie - co w takim razie ze studiami? Porządny człowiek powinien skończyć jakieś studia...I w końcu wychodzi na to że pokornie wrócę na wydział nauk o zdrowiu i uszczęśliwi mnie bycie pielęgniarką, położną czy też ratownikiem medycznym...Wszystko to wywołuje we mnie pozytywne emocje, łagodzące uczucie pewności że to jest to co chcę robić w swoim życiu zawodowym...Że to dla mnie będzie ważne, że da poczucie spełnienia :)

Obudziła się we mnie chęć bycia daleko od domu. Taka dzika potrzeba żeby pobyć troche samemu...W ten sposób zrodził się pomysł studiowania w Krakowie...To można by nawet zaliczyć w poczet marzeń - Kraków, studia, to i pewnie Uniwersytet Jagielloński, prawda...? Ahh, marzenia...

Ale dokumenty złożyłam. Tak, na Uniwersytet Jagielloński. Zrobiłam to tak, jakby ktoś mną kierował, jakaś potężna siła wyższa. Nikt, nawet ja sama nie wierzyłam w to że ma to jakiś sens...Ja, osoba która była średnim uczniem w słabej szkole?? Na UJ?? To niemalże tak jak z motyką na księżyc...fakt - matura była przyzwoicie poprawiona...Tak więc dokumenty zostały złożone, formalności dopełnione...

Nastał dzień ogłoszenia wyników. Drżącymi rękami zalogowałam się w systemie UJ...I moim oczom ukazała się tabelka...wszystkich kierunków które sobie wybrałam...i pod każdym z nich widniał ten zielony, niosący błogie ciepło na duszę napis "ZAKWALIFIKOWANA W POCZET STUDENTÓW"...Mój Boże...Jestem studentką Uniwersytetu Jagiellońskiego...To chyba jakiś cud... ^^

***

Przez ten cały cichy czas działo się wiele więcej rzeczy...To o co teraz moja dusza jest bogatsza...ile nowych doświadczeń zdobyłam...?

Jest mi dobrze...Jestem na nowej drodze...I coraz stabilniej stawiam kroki. I są one coraz większe. I wspinam się coraz wyżej. I lepiej. I będę się starała, by każdego dnia zasłużyć na postęp, na kolejny krok w przód...Unikać stawania w miejscu, nie daj Boże cofania się do tego, co już znalazło sobie wygodne miejsce w muzeum mojej pamięci... :):)

"Czas wracać na ziemię"

>>kartka z notatnika, skrawek do wypełnienia luki w czasie gdy nie miałam nic ciekawego do powiedzenia...<<

Ze mną to jest tak, że ja składam się z emocji w 95% a reszta to tylko 5%...Emocje sterują wszystkimi zdarzeniami w moim życiu. I niestety nie moge powiedzieć ze to zawsze wychodzi na dobre...Na nowo orientuję się gdzie ja stoję...co ja robię...a więc...? Przecież ja zamias rozwijać swoje umiejętności na przyszłość, czyli zdobywać jakieś wykształcenie, jakieś postawione ziemskie cele, ograniczam się do bogatego życia wewnętrznego. Emocje. Znów emocje...

Nie ukrywam że pisanie, pod każdą postacią, komponowanie mojej amatorskiej muzyki, wszelkie przejawy talentów artystycznych, zamiłowanie do ekspresji odczuć, przeżyć, uwielbienie obserwacji i głębokiej kontemplacji sprawiają mi ogromną satysfakcję i to dzieki temu życie mi smakuje...Tylko jak ja to połącze z moją kolejną życiową pasją...jak ja połączę medycynę, która jest nauką przyziemną, suchą, faktyczną, z moim filozoficzno-poetycko indywidualnym stylem bycia? To chyba jest nowe wyzwanie...Albo wykazać się takim sprytem i organizacją żeby pogodzić obie rzeczy, albo dokonać konkretnego wyboru. Nie wiem który jest właściwy, ale postanawiam zaufać swojemu Reżyserowi...

Myśle że przyda się porządne katharsis, gruntowne ekspresowe porządki wśród moich wszystkich spraw, większych, mniejszych, codziennych i niecodziennych...Mam teraz dobre warunki aby osiągnąć jedno z moich wielkich marzeć...dostanie się na studia to przecież jest kolejny awans...taki, który nie tylko wzbogaca mnie o nową drogę którą chcę podążać, ale na pewno stanie się także źródłem inspiracji, nowych przeżyć i wrażeń które będą moim paliwem. Do życia, do tworzenia, szczęściem do dzielenia się z innymi...Obliczyłam że zostało mi 90 dni do mojej drugiej szansy...Do tego na lepsze zmieniło się kilka rzeczy...i wszystko naokoło mówi mi że warto dać z siebie naprawdę wszystko żeby wreszcie zacząć osiągać swoje szczyty...

Na ten czas zabieram zapas siły, zapału, wytrwałości i osobną walizkę na marzenia, bo to one są jedynym powodem dla którego podejmę każdy trud by je zdobyć...Głęboki wdech i wskoczę w ten spin dzięki któremu wreszcie będę mogła odczytać siebie na liście przyjętych na Uniwersytet Medyczny...Znów przypominają mi się słowa innej piosenki...

"Możesz iść szybciej niż niejeden chciałby biec
możesz mieć wszystko czego, czego tylko chcesz
każdą myśl zamien w poztywne słowo
słuchaj, słuchaj bo
zabawnie tak oddychać przez różową słomkę
cudownie tak rozmawiać bez niemiłych wspomnien
każdy dzien mówi nam coraz więcej
słuchaj, zaufaj sobie jeszcze raz


Pokaż na co cię stać, ale nie jeden raz
słuchaj, sluchaj,
piękne słowa mówią wszystko
lecz nie zmienią nic, ohoh..

Pokaż na co cię stać, ale nie jeden raz
słuchaj, sluchaj, je je
piękne słowa mówią wszystko
lecz nie zmienią nic,
nie zmienią nic,
nie zmienią nic!

Możesz iść szybciej niż niejeden chciałby biec
możesz tak, tak po prostu znów zapomnieć się
nowy dzien zawsze daje nowe życie
słuchaj, zaufaj sobie jeszcze raz

Pokaż na co cię stać, ale nie jeden raz
słuchaj, sluchaj,
piękne słowa mówią wszystko
lecz nie zmienią nic,

Pokaż na co cię stać, ale nie jeden raz
słuchaj, sluchaj,
piękne słowa może powiedzą ci wszystko,
ale nie zmienią nic,
nie zmienią nic!"

No i proszę. Jak ja kocham odkrywać swoje życie w tekstach takich fajnych piosenek. Czy to nie jest niesamowite...Czy nie odczuwacie czasem tego takiego powiązania wszystkiego co się znajduje na ziemi a nawet i we wszechświecie...Haha...a może to jakaś choroba psychiczna :P?

Chyba wraca moja ukochana Harmonia. Idę ją ciepło przywitać...tak długo już się nie widziałyśmy, tak bardzo się za Nią stęskniłam...To poczucie porządku jakie daje, ten rytm zgodny z wszystkim co znajduje się naokoło...To dzięki czemu zdobywam cierpliwość, wytrwałość potrzebne w tej wspinaczce...Znowu będziemy mogły codziennie rano zjeść śniadanie i wypić kawę, i znowu będę mogła dostąpić tego błogosławieństwa jakim jest owocna praca...Wszystko znów znajdzie swoje miejsce...I znów wszystko będzie tak jak być powinno...:):)

Myślę, że moje Inspiracje także się czują dobrze. Że od czasu do czasu będę mogła delektować się ubieraniem moich myśli w słowa, słów w emocje, i z tego czerpać satysfakcję która tak szczególnie mi smakuje...Już jestem starsza...Coraz lepiej wyrażam siebie, coraz lepiej potrafię celebrować życie, każdy dzień, cieszyć się każdym epizodem, wątkiem i zdarzeniem...Dumnie stąpać po ziemskiej scenie i odgrywać powierzoną mi rolę...Dziękuję Bogu za wszystko co mam, szczególnie za to z czego zrobiona jest moja dusza i za to, jakimi talentami i umiejętnościami jest przyzdobiona...I za to jak postrzegam świat, i za to że żyję...
I za to że mogę zdobyć każdy szczyt na który chcę wejść...Niech się dzieje wola Nieba, z nią się zawsze zgadzać trzeba...Semper in altum et nihil valenti difficile est... :):)

"długość dźwięku samotności i zagojone blizny"

>>napisane gdzieś na kolanie, po drodze...<<

co, jak i dlaczego...i gdzie ja byłam przez ten cały czas jak mnie nie było...To był czas kiedy nie stać mnie było na najdrobniejszą ekspresje od siebie...a może i nawet to dobrze że nie miałam ochoty na uzewnętrznianie tego co przeżywałam...Ostatnie wydarzenia na pewno trochę mnie zmieniły...moje ego nabrało dość dużo nieufności, pesymizmu...staram się tego pozbyć, ale to nie jest takie proste...

Jest taka piosenka, której fragment brzmi "miłość tuli się do słowa "było"...tak dobrze miała tu, że nie wie dokąd pójść..."...I tak też jest w moim przypadku...Wszystko to, co obudziło we mnie filozoficzną duszę wrażliwego człowieka, sprawiło mi także niewymowny ból i cierpienie...to wszystko było tyle razy większe ode mnie, że chyba nawet nie powinnam ośmielać się tego opisać...Z kolei z jeszcze innego punktu widzenia te wszystkie przykre doświadczenia poszerzyły moje horyzonty...do kolekcji mam jeszcze jeden pryzmat, przez który mogę patrzeć na świat...

Całe moje uczucie jakim obdarzyłam A. z powodu braku możliwości dotarcia do celu, wracało do mnie promieniem wywołującym tępy, niefizyczny ból...A. zostawił mnie nagle...bez zrozumiałych dla mnie powodów...to, dlaczego tak się stało że nie jesteśmy razem, było jest i będzie znane tylko jemu...A to wszystko boli...bardzo...Po tak długim czasie oczekiwania, wartowania, żywienia nadziei...Po siedemdziesięciu dwóch dniach nieustannego myślenia o nim, wyczekiwania, wszelkich wyrzeczeń bez których jego powrót mógłby się opóźnić...Zrobiłam wszystko co w mojej mocy, dosłownie poruszając niebo i ziemię...Wszystko to co przeżyliśmy razem, wszystkie te zwyczajne i niezwyczajne wydarzenia które nas połączyły...Wszystko to on chciał zakończyć jednym, zimnym mailem bez powitania i podpisu..."Jestem zaręczony gdzieś od czterech tygodni...proszę cię nie wysyłaj już nic nigdy...życzę ci fantastycznego życia..."...

Według swojej filozofii powinnam przyjąć to jak każde inne wydarzenie z mojego życia...powiedzieć sobie "co ma być to będzie" i iść dalej...ale ja nie potrafiłam...dla mnie czas się zatrzymał w miejscu...Za dużo rzeczy naokoło mnie nasiąkniętych było jego obecnością...Bo za dużo naszych codzienności przeplotło się...Jego zdjęcia...Książka której strony pachną jego wodą toaletową...głupie...? Dla mnie nie...Wszystko co mnie otacza, nadal przypomina mi A. ...

Stąpając w nostalgii na swojej drodze spotkałam kilka nowych osób...Ciepłe i rozumne charaktery które poświęciły mi mnóstwo czasu żeby wyciągnąć mnie z tej ciemnej i śliskiej jaskini smutku...Szkoda że teraz jesteśmy tak daleko od siebie...

Minęło już sporo czasu...Powoli staję na nogi...Chociaż nie wiem ile czasu zajmie mi żeby całkowicie znieczulić swoje serce na wspomnienia związane z A. Często mam takie sny że spotkykamy się z A. w różnych miejscach, przypadkiem...zawsze wtedy mówię mu "cześć" a on udaje że mnie nie widzi, tak jakby był na mnie zły, obrażony...Dopiero po drugiej próbie udaje mi sie nawiązać jakiś płytki i bolesny dialog...zaczynam płakać we śnie i kończę na jawie...Co jakiś czas pojawiają się takie sny i one skutecznie podcinają skrzydła mojej na nowo startującej duszy...Moja naiwność każe mi wierzyć że tak nie jest...Że A. by tak nie zrobił, nawet jakbyśmy się spotkali...Nie wiem...nie chcę o tym myśleć...Może to co powiedział jest czystą prawdą, a może nie...To wie tylko sam Pan Bóg, który napisał ten wielogatunkowy film...

Wokół mnie przemykają po kątach duchy nowego uczucia...Teraz to przybrało jakąś taką dziwną formę...zupełnie inną niż to było...wcześniej...Na razie nie pozwalam się sobie tak bardzo zakochać...Co prawda w pewnym hinduskim zbiorze złotych zasad jest napisane że miłość to coś w co należy inwestować wszystko co możliwe, bo to jedyna droga do prawdziwego szczęścia...Tylko ja nie potrafię zapomnieć ile energii, czasu i poświęcenia potrzebuje taka "inwestycja"...To są takie niematerialne wartości pochodzące z wnętrza człowieka...Działa to na takiej zasadzie, ze im więcej te wartości budują, tym bardziej pogłębia i wzbogaca się ich źródło...

Pewien zupełnie obcy człowiek przesłał mi taką oazową prezentację...Miał na imię Adel i pochodził z Izraela...To co chciał mi tam przekazać zawiera się w myśli "Nie smuć się, że coś się skończyło. Ciesz się z tego że się tobie przydarzyło"...Coś w tym musi być, bo Adel nie poznał tej historii...Powoli zaczyna do mnie dochodzić że najwidoczniej nie byliśmy sobie pisani...

Myśląc o tym wszystkim z pewnej odległości, zaczynam widzieć sens w tym co się zdarzyło, mimo tylu łez którymi to wszystko obmyłam...Gdyby nie A. nie odkryłabym tylu ciekawych uczuć, tylu dróg wyrażania siebie, nie obudziłaby się żadna z moich inspiracji...i nie miałabym tego czegoś, o co jestem duchowo bogatsza niż przed poznaniem A. ... Może to tak właśnie miało być...Może spotkaliśmy się wyłącznie po to, abym się nauczyła tak wielu rzeczy...? To wszystko zaczyna ponownie nabierać wyraźnego kształtu...

wtorek, 27 listopada 2007

Łzy, gorączka i egzamin...

Są w życiu takie chwile, które sprawiają głęboki ból, topiące poczucie bezsilności....Trudno jest się skupić na codzienności bo myślami podróżujemy w przyszłość...A niecierpliwość i oczekiwanie do nas wydzwaniają, nie dają spać, jeść, myśleć...Pozostaje mi tylko zachować spokój...modlić się...i wierzyć...Wśród tłumu ludzi zdaje się zostać samemu...Wtedy tylko Bóg na nas patrzy...I wreszcie pomaga nam wstać...Rękoma i słowem innych, naznaczonych ludzi...To są ci ludzie którzy widzą łzy twojej duszy i zatrzymują się przy Tobie, by pożyczyć ci chusteczki...
Jesteśmy prostymi istotami w skomplikowanej sytuacji...


**Bo jest paru ludzi...
bo jest parę w życi dobrych chwil...**

środa, 21 listopada 2007

Jesienno-zimowe porządki ciąg dalszy...

Układanie tak wielu spraw w mojej głowie okazuje się bardzo trudnym zadaniem. Niby mam prawie 20 lat, a po zwojach mózgowych czasami biegają takie myśli, że podejrzewać można byłoby moich rodziców o sfałszowanie daty urodzenia o jakieś 4-5 lat... Sama nie nadążam za tym co się ze mną teraz dzieje...
Zacznijmy od tego że pomysł zostawienia mojego awaryjnego kierunku studiów (pielęgniarstwo) był jak najbardziej ZŁY. Żałuję, cholernie żałuję. Nie dlatego, że wolałabym zostać pielęgniarką. Po prostu brak mi samego studiowania, ludzi, codziennej zmiany otoczenia, jakichś obowiązków...Takiej codzienności do jakiej przywykłam przez te wszystkie szkolne lata...Owszem, świadomość że mam masę czasu po to aby zadbać na nowo o 3 poprawkowo-maturalne przedmioty daje odrobinę poczucia usprawiedliwienia...
Niewątpliwie niedobór zajęć sprawia że noc miesza mi się z dniem, a coś takiego jak "poczucie czasu" drzemie sobie gdzieś w kącie mojej podświadomości. Moja inspiracja jest niedożywiona. Brak jej świetlistych grzanek na porannym słoneczku i aromatycznej esencji roześmianych uczuć...Ma mętne, zapłakane oczy i ciągle pokłada się po kątach mojej duszy, szczelnie okrywając się swoim ulubionym kocykiem z nadziei. Ale i kocyk należałoby uprać w dobrym płynie na odświeżenie kolorów...
Żyję dobrym słowem moich przyjaciół...Dużo się modlę i coraz więcej rozmyślam... Muszę sie sobą zająć...Zaleźć sobie twórcze i rozwojowe zajęcia...Pogodzić naukę z dynamicznym rytmem większej ilości zajęć...
Nie wiem jak przekonać Tatę o tym, że już wyrosłam z okresu gdzie większość podejmowanych przedsięwzięć paliła się "słomianym ogniem". Że studiowanie medycyny to jest właśnie to czego ja właśnie chcę i jestem pewna. Z tego tytułu pcham się na wolontariat do szpitala...Sprawdzić swoją wytrzymałość...
Moja głowa jest wyjątkowo oporna teraz na to co mi potrzebne do poprawy matury. Fizycznie zamykają mi się oczy nad podręcznikiem, chemia sprawia że wydziela mi się hormon snu, na co biologia odpowiada charakterystyczną reakcją na znudzenie...Dlaczego tak bardzo zajmują mnie rzeczy, które teraz powinny czekać na swoją kolej kiedy wszystko już bedzie zdane i poprawione...? Znachodzę tysiąc innych rzeczy do zrobienia, na które teoretycznie szkoda czasu...
Codziennie obiecuję sobie coś poprawić, zdyscyplinować...Na razie tylko "pływam", szukam dobrego, stabilnego punktu zaczepienia, który będzie podporą by odbić się od mojego dna...
Godzinna, telefoniczna rozmowa z moim Tatą załamała mi głos i zeszkliła oczy. Albo to mi dziś było łatwo dokuczyć albo to Tata miał wyjątkowo krytyczno-obiektywny humor którym dopiekł mi do żywego. Po raz kolejny wywlókł moje troski na zewnątrz przybierając je w wyszukane i bolesne słowa oraz szatę beznadziejności. To tak naprawte on mi powiedział po co do niego dzwonię i jak się mam, a nie ja wyżaliłam się o tym co mnie boli...
Takie jakie by to nie było trudne i mozolne solidnie sprzątam w swojej głowie...Jutro jest nowy dzień...Jutro jest kolejna szansa żeby znaleźć dobry, ciepły prąd w rzece czasu i dopłynąć nim do celu. Kubek chłodnej czekolady na dobranoc...Satysfakcja z dzisiaj? Niekoniecznie. Ale i stwierdzenie z uśmiechem że przecież nie każdy kadr z filmu jest idealny...

niedziela, 18 listopada 2007

...tęsknię...


"To człowiek człowiekowi najbardziej potrzebny jest do szczęścia..."
"Proszę Boga, aby mnie wysłuchał, ale nie zapominam dodać "Niech się stanie wola Twoja...""

**czytam "Podręcznik Wojownika Światła"...szukam iskierek...bo mi zimno...